
...I trafiłem za kraty. Była akurat Gwiazdka. O piątej rano urodził się nasz syn, a mnie wsadzono wieczorem. Dostałem 15 lat. Wyrok wydał polski sąd za to, że w czasie okupacji kierowałem wytwórnią broni, którą walczyliśmy z Niemcami. Żonę wyrzucono z mieszkania i oddano je konfidentowi - mówi nestor łódzkiej farmacji. Do legendy powojennej konspiracji przeszła spektakularna akcja, w której Stanilewicz z kolegami, 12 lutego 1946 roku wysadzili pomnik wdzięczności dla żołnierzy radzieckich, który w parku Poniatowskiego wystawił Pierwszy Front Białoruski. - Zależało nam na utrzymaniu ducha niepodległości i na bezkrwawych akcjach. Nie rozwiązaliśmy naszej organizacji, chociaż inne poszły w rozsypkę. Ciężko nam było działać, ale akcja udała się. To było wydarzenie - opowiada z dumą. - Teraz zajmuję się Fundacją "Weteran". Została zarejestrowana rok temu, chcemy uruchomić bezpłatne sanatoria dla weteranów wojennych, wydawać biuletyn, popularyzować gimnastykę dla starszych osób, zapewnić im badania profilaktyczne, słowem komfort życia. Staramy się, by pomogły nam apteki, które mogłyby przeznaczać część dochodów na działalność Fundacji, a w zamian mogłyby korzystać z oferty Fundacji. Pytamy Profesora skąd czerpie siłę do działania, wciąż jest przecież czynnym farmaceutą. - Ona sama przychodzi. Najważniejsze w życiu to żyć z ludźmi w dobrej komitywie. Nie ma rzeczy ważniejszej na świecie jak przyjaźń. Wojna i kryminał konserwuje, trzeba tylko wiedzieć, o co się walczy i za co się siedzi. I proszę mi życzyć sto lat od dziś, bo jeszcze sporo mam do zrobienia.
read on